Dla własnego i cudzego dobra korzystną jest rzeczą wiedzieć, gdzie znajduje się najbliższy szpitalny oddział ratunkowy. Wystarczy dostarczyć tam chorego, ponieważ zostanie tam otoczony fachową opieką. „Gospoda” z przypowieści jest symbolem Kościoła – miejscem opatrywania duchowych ran. W przypowieści kolejność udzielanej pomocy jest oczywista: pierwsza pomoc na drodze, potem dalsze leczenie w gospodzie. Nam jednak nie zawsze łatwo jest kogoś do „gospody” dostarczyć. Propozycja wizyty w kościele, włączenia do jakiejś grupy pomocowej krępuje nas i tego, kogo dotyczy. Ludzie sądzą, że powinni dać sobie radę sami. A kiedy są gotowi przyjąć pomoc – jest już za późno. Gdyby to było zawsze takie proste – zawieść kogoś do „gospody”. Czasem trzeba powiedzieć: „Ja tobie pomoc nie potrafię. Są jednak we wspólnocie Kościoła ludzie, którzy bezinteresownie tobie pomogą”. Może warto wiedzieć, gdzie skierować kogoś potrzebującego pomocy? Czasem trzeba będzie z kimś pójść pierwszy raz, a nawet kilka razy. „Gospoda”, czyli Kościół, nadal jest potrzebny, choć instytucji spieszących z pomocą nie brakuje. Ludzi okaleczonych, poranionych, jest tak wielu, że miejsc udzielania pomocy będzie za mało. Żeby jednak kogoś do „gospody” zawieść, trzeba samemu być przekonanym, że to ma sens. Oraz że nigdy nie jest za późno. Ludzie po wizycie w „gospodzie” spodziewają się cudu, natychmiastowej przemiany. Oczekiwania te podsycają opowiadania o cudownych wydarzeniach, jakie miały miejsce w tej czy innej „gospodzie”. To są jednak wyjątki, które wcale nie potwierdzają reguły. „Gospoda” jest miejscem w którym ”Gospodarz” ma o „biednego człowieka staranie”. „Staranie” to trwa czasem bardzo długo. Inną trudnością może być zrozumienie nieskuteczności pomocy proponowanej w „gospodzie”: „Już tylu ludzi przyprowadziłem na grupę, tylu zawiozłem na rekolekcje, do tego czy tamtego księdza”. Wreszcie sam poszkodowany może nie chcieć być zawiezionym do „gospody”. Tak jak Samarytanin, dla którego dalsze pielęgnowanie nieszczęśnika w gospodzie było czymś zrozumiałym samo przez się. Może właśnie dlatego biedny nieszczęśnik nie protestował, że wolałby być zawieziony do Jerozolimy, gdzie „gospód” też nie brakowało, albo do swojego domu w Jerychu? Dużo zależy od tego, w jaki sposób zaproponujemy komuś gościnę w „gospodzie”. Jeżeli ktoś usłyszy, że „może mu pomogą”, albo że chyba się na tym znają”, albo że „spróbują” mu pomóc – to pobyt w takim miejscu nie wzbudzi w nim entuzjazmu i trudno mu będzie zaufać radom, jakie tam otrzyma. Łatwiej będzie mi kogoś przekonać, jeżeli sam poproszę w „gospodzie” o pomoc, albo jeżeli usłyszę świadectwo kogoś, kto w „gospodzie” otrzymał skuteczne wsparcie. Im więcej będzie w nas miłości do „gospody”, tym łatwiejsze i bardziej oczywiste będzie dla mnie przyprowadzenie osoby potrzebującej pomocy dla wspólnoty Kościoła.