Medytacja III: O warunkach kroczenia za Jezusem oraz o traceniu i zyskiwaniu życia 

Jezus swoim naśladowcom stawia warunki. Za Nim nie kroczy się spacerkiem. Nie można Jezusowi narzucać, jak mamy za Nim iść. Również Franciszek swoim naśladowcom stawia dokładnie określone warunki wstępne: „Tych, którzy przyjdą do naszych braci i pragnęliby przyjąć ten sposób życia, niech bracia odeślą do swoich ministrów prowincjalnych, bo im jedynie, a nie komu innemu przysługuje prawo przyjmowania braci. Ministrowie niech ich sumiennie wybadają w zakresie wiary katolickiej i sakramentów Kościoła. I jeśli w to wszystko wierzą i pragną to wiernie wyznawać, i aż do końca pilnie zachowywać, niech im powiedzą słowa Ewangelii świętej (por. Mt 19,21), aby poszli, sprzedali całe swoje mienie, i starali się rozdać to ubogim” (2Reg 2). 

Jednym z większych źródeł problemów i grzechów w Kościele jest to, że ochrzczeni chcą iść za Jezusem na swój sposób. Nierealne, fałszywe, czasem nieludzkie oczekiwania wobec Kościoła to narzucanie Jezusowi własnego sposobu bycia Jego uczeniem/uczennicą. Kroczeniu za Jezusem potrzebny jest olbrzymi wysiłek. Tworzy się dziś wrażenia zbędności wysiłku: bezbolesne zabiegi lekarskie, bezstresowe wychowanie, nauka języków obcych w stanie relaksu… Tymczasem Chrystus z całą mocą mówi o potrzebie zaparcia się. Nigdy nie było takiego czasu, w którym by wiara nie kosztowała. Ona jest ostatnią dziedziną, w której nic nie będzie podane na tacy. Zawsze będzie trudno wierzyć, zawsze będzie trudno się modlić. Nie trzeba się łudzić, że kiedyś będzie mi lżej. Sam Jezus mówi o potrzebie zmuszania się, o potrzebie stosowania wobec siebie przymusu. Niechęć do modlitwy, opór w stosunku do praktyk religijnych to bardzo ludzkie odczucia. Wiara jest dla ludzi, nie dla aniołów. Także pod tym względem Franciszek jest realistą. Święty Bonawentura tak opisuje ostatnie zalecenia Patriarchy: „Gdy więc zbliżała się godzina jego przejścia, polecił zwołać do siebie wszystkich braci, którzy tam mieszkali. W obliczu swej śmierci dodawał im otuchy i z ojcowskim uczuciem zachęcił do miłowania Boga. Długo mówił o cierpliwości i ubóstwie, a także o wierności wobec świętego Kościoła rzymskiego, kładąc ponad wszystko troskę o zachowanie Ewangelii. Gdy wszyscy bracia siedzieli wokół niego, wyciągnął nad nimi ręce, składając je na kształt krzyża, ponieważ zawsze kochał ten znak. Mocą Ukrzyżowanego i w Jego imię udzielił błogosławieństwa wszystkim braciom tak obecnym, jak i nieobecnym. Ponadto dodał: Trwajcie wszyscy synowie w bojaźni Pana i zawsze w Nim pozostawajcie. A ponieważ zbliża się pokusa i udręczenie, szczęśliwi są ci, którzy wytrwają w tym, co rozpoczęli” (1B XIV,5). To normalne, że chcemy widzieć owoce naszych wysiłków. Mówi ktoś, że latami bezskutecznie się modli o nawrócenie syna czy córki. Czasami słuchamy kąśliwych uwag: No i co masz z tego twojego klepania modlitw? Jezus odpowiada na to pytanie: „Kto chce zachować swoje życie, straci je, a kto straci swe życie z mego powodu, ten je zachowa” (Łk 9,24). Człowiek chce mieć jak najwięcej, wysila się, ile tylko może. Często jednak buntuje się jego ciało. Człowiek chce zachować życie, robić wszystko, na co pozwala prawo. Gdybyśmy tylko chcieli dociec prawdy, szybko dowiedzielibyśmy się, jakie są osobiste oraz społeczne skutki czynionego lub dopuszczanego zła. Najszybszą drogą do destrukcji jest zabieganie jedynie o swój interes. Jezus też natychmiast mówi nam o stracie jako o oczywistej konsekwencji wyboru Jego Ewangelii. Podziękowanie za danie mięsne w piątek na wystawnym firmowym bankiecie, nieobecność na imprezie z okazji przypadającego w Wielkim Poście Dnia Kobiet, uklęknięcie przed Panem Jezusem niesionym do chorego przez kapłana, katolickie pozdrowienie księdza lub siostry zakonnej, krzyżyk na szyi i wiele jeszcze innych postaw i zachowań będą oznaczały konkretną stratę i będą wymagały olbrzymiego wysiłku. Ceną płaconą za taką postawę jest drwina i szyderczy śmiech. Tak jednak nie jest tylko dziś. Tak było zawsze. Swoją stratę przeżył także Franciszek. Opowiada biograf: „Chociaż Franciszek oddaje się już dziełom pobożności, jego ojciec według ciała prześladuje go. Jego służbę Chrystusowi uważa za szaleństwo i na każdym kroku obrzuca go złorzeczeniami (…). Jego brat według ciała za wzorem ojca dokuczał mu zjadliwymi słowami. Gdy pewnego ranka, w porze zimowej, ów przewrotny człowiek zobaczył Franciszka trwającego na modlitwie, okrytego w liche szaty i drżącego z zimna, rzekł do jednego swego współobywatela: Powiedz Franciszkowi, żeby ci zechciał sprzedać odrobinę potu za jeden szelążek. Mąż Boży, usłyszawszy to, bardzo się uradował i uśmiechem odpowiedział: zaprawdę, ja go bardzo drogo sprzedam memu Panu” (2Cel 7). 

Trzeba, abyśmy pozbyli się złudzeń, że będzie nam dane wierzyć w spokoju. Na pewno nie pozwolą. Nie ma przyzwolenia na bycie wyznawcą Chrystusa. Na bycie niewierzącym – owszem. Na niemoralność – też. Znowu: nie tylko teraz. Oddajmy jeszcze raz głos biografowi: oto jak zaczyna on swój pierwszy życiorys św. Franciszka: „W mieście Asyżu położonym na krańcu doliny Spoletańskiej, żył mąż imieniem Franciszek, który od pierwszej swej młodości był wychowywany przez swych rodziców w rażącej próżności świata, a długo naśladując ich mizerne życie i obyczaje, sam stał się jeszcze bardziej próżny i zuchwały. Wszędzie u tych, co mienią się chrześcijanami, rozwielmożnił się taki bardzo zły zwyczaj i wszędzie zakorzeniła się, i narzuciła taka zgubna doktryna, żeby synów swoich od samej kołyski wychowywać bardzo niedbale i lekkomyślnie. Bo najpierw niemowlęta, jak tylko zaczną szczebiotać czy gaworzyć, uczą się pewnych szkaradnych znaków i słów. A po upływie czasu karmienia piersią zniewala się je nie tylko do mówienia pełnego rozwiązłości i swawoli, ale i do takiego czynienia. Żadne z nich nie ośmiela się prowadzić godziwie, bo obezwładnia je strach przed surowymi karami (…). Dorósłszy zaś nieco, już z własnej chęci popełniają coraz gorsze czyny. Bo ze skażonego korzenia wyrasta skażone drzewo, a co raz zostało skrzywione przez zło, bardzo trudno powraca do równowagi dobra. A kiedy wstępują w bramy młodzieńczości, jak sądzisz, jakimi się stają? Wtedy zaiste, nurzają się we wszelkiego rodzaju rozwiązłości, jakby wolno im było spełniać wszelkie zachcianki, z całym zapałem służąc rozmaitym występkom. Popadają w dobrowolną niewolę grzechu. Wszystkie swe członki wystawiają na ciosy nieprawości. Nic z religii chrześcijańskiej nie wnoszą w życie czy w obyczaje, a zachowują jedynie samo imię chrześcijanina. Nieszczęśni, najczęściej udają, że dopuścili się o wiele gorszych rzeczy, aniżeli rzeczywiście popełnili, żeby przypadkiem ich niewinność nie wydała się brakiem odwagi” (1Cel 1). 

Zawsze ludzie tracili dla Chrystusa. Ktoś latami nie awansował, kogoś innego zwolniono z pracy. Czemuż by dziś miało być inaczej? Modląc się, mogę Jezusowi powiedzieć, ile dla Niego straciłem. On mówi jednak, że kto swe życie straci, ten je zachowa (por. Łk 9,24). To nawet nie o to chodzi, że w chwili śmierci człowiek prawidłowo ocenia swoje życie. Ten moment przychodzi bardzo często wcześniej. Ktoś nagle na emeryturze ma dużo czasu na przemyślenia. Patrzy człowiek na swoje życie i powiada: „świat mnie przemielił; tyle wypiłem alkoholu, tyle miałem kobiet, tylu miałam mężczyzn. A teraz mam dość”. Dziś ludzie coraz częściej mają dość. Niech więc się z nas śmieją. Niech nas mają za głupców. Dokładnie tak, jak Jezusa, o którym już na początku publicznej działalności powiedziano: „Odszedł od zmysłów” (Mk 3,21). Mogą i nas wyzywać i oskarżać o niestworzone rzeczy. Najważniejsze bowiem jest, aby się sobie podobał i był z siebie dumny. Abym widział przede wszystkim dobro: w ludziach i w świecie. Za przykładem Franciszka, pozdrawiającego wszystkich: „Pokój wam, dobrzy ludzie”.