13 marca 2022
2. niedziela Wielkiego Postu
Co ze sobą zabrać?
Pamiętam polecenie prowadzącego warsztaty psychologiczne, w których niegdyś uczestniczyłem. Bez dłuższego zastanowienia się mieliśmy odpowiedzieć na pytanie, co byś wziął ze sobą na bezludną wyspę, gdybyś mógł zabrać tylko dwie lub trzy rzeczy. Później oczywiście trzeba było tłumaczyć, dlaczego akurat te, a nie inne. Są w naszym życiu takie sytuacje, kiedy należy szybko podejmować decyzję, co zabrać, a co zostawić. Co się zmieści do walizki, a co będzie zbędnie zajmować miejsce? Co zostanie zaakceptowane na odprawie lotniskowej, a co przekroczy określony limit? Kiedy to piszę, myślę jeszcze o czymś. Myślę o tym, o czym zapewne myśli teraz wielu czytelników. Wojna i ucieczka przed nią. Co zabrać? Co jest nieważne? Co ważne? Co ważniejsze? Co odrzucić po drodze, kiedy brakuje już sił, by dźwigać to dalej? To nie jest ćwiczenie z warsztatów psychologicznych. To się dzieje naprawdę. Nie wiadomo przy tym, czy to, co zostało jeszcze tam będzie, czy może pozostanie jedynie wspomnieniem. Co jest najważniejsze? Co tak naprawdę pozostaje, kiedy po ludzku nie mam nic?
W drugą niedzielę Wielkiego Postu słyszymy w czasie Eucharystii o tym, że Jezus przemienił się na Górze Tabor wobec swoich uczniów. Wobec zaistniałej sytuacji uczniowie wyrażają swoje uczucia: „Mistrzu, dobrze, że tu jesteśmy” (Łk 9,33). Poczuli się wyśmienicie i błogo w towarzystwie Jezusa, który jeszcze w swoim ziemskim życiu przedstawił się jako Zmartwychwstały. Przemienienie na Górze Tabor jest właśnie zapowiedzią posiadania przez Jezusa uwielbionego ciała po pokonaniu śmierci, a zarazem jest zapowiedzią przebóstwienia Ludu Bożego. My należymy przecież do Chrystusa zmartwychwstałego.
W wydarzeniu na Górze Tabor kryje się pewna słabość ludzka. Towarzysze Jezusa chcą tam zostać. Jest im tam dobrze. Cud przemienienia natomiast kończy się. Jezus wraz z Piotrem, Jakubem i Janem muszę zejść i powrócić do swojej codzienności, która nie jawi się zbyt łatwo, gdyż na horyzoncie jawi się zapowiadany przez Mistrza krzyż. Nie chodzi tu jedynie o moment śmierci na Golgocie. Jezus traci swoje życie i uczy innym tracić swoje życie dla miłości w zupełnej codzienności. Traci swoje życie, kiedy rezygnuje ze swoich planów, nie może odpocząć, bo ciągle ludzie do niego przychodzą, kiedy poświęca swój czas i całego siebie, pochyla się nad drugim człowiekiem, słucha go, dotyka uzdrawiając. Mógłby przecież w tym momencie robić coś zupełnie innego. Mógłby oddać się swoim pasjom i zainteresowaniom. Mógłby odpocząć, albo poszukać innej rozrywki. Jezus traci swoje życie już w prozie codzienności. Na krzyżu dopełni się wszystko. Jedynie w oczach świata jest to tracenie czegoś. Jezus zapewnia natomiast, że to, co świat nazywa traceniem, jest u Boga zyskaniem życia.
Kiedy łódź się zatapia, wyrzuca się z niej wszystko co ciężkie, choć uważane za cenne. Pozostaje to, co najcenniejsze i bezcenne. Kiedy z szerokim bagażem nie przejdzie się przez wąską szczelinę, nie zostaje się na bezludziu, lecz idzie się z tym, co najcenniejsze i bezcenne – ze swoim życiem. Ktoś pokazał mi kiedyś kilka rzeczy w swoim domu mówiąc: „To jest całe moje życie”. Dziś w to nie wierzę. Bo całe życie to zupełnie coś innego. Kiedy się zostawia, wszystko i widzi się ogrom miłości ludzkiej, kiedy można spojrzeć na swoje dłonie i na swoich najbliższych, wtedy można powiedzieć, co tak naprawdę jest nam potrzebne, a co jest zbędne.