foto. DCStudio na Freepik

Chorych nawiedzać i modlić się za żywych

Sam Jezus powiedział: „byłem chory, a odwiedziliście mnie” (Mt 25,36). W ten sposób utożsamił siebie z człowiekiem chorym. Każde spotkanie z chorym i cierpiącym jest spotkaniem z Chrystusem. I nie chodzi w nim tylko o chorego, lecz i o nas. Takie spotkanie, czasem bardzo trudne, ubogaca wspierającego, a nie tylko chorego. Jezus zawsze może uzdrowić, ale przede wszystkim czeka na cud naszej ofiarnej miłości. Chory i cierpiący potrzebuje drugiego człowieka, bliźniego. Ta potrzeba otwiera przed nami szansę objawienia naszej miłości, a tym samym udoskonalenia naszego serca. Pan Jezus doskonale wie, jak trudno jest oddać się do dyspozycji ojca Niebieskiego, doskonalącego nasze serca przez cierpienie. Ciągle bowiem nam się wydaje, że to my o własnych siłach mamy kochać Boga i bliźniego, że miłość to nasze dzieło, i dlatego gdy brak nam sił, dni nasze oceniamy jako mało użyteczne, jako stracone. Czas choroby traktujemy jako czas naszej porażki, a nawet klęski. Zapominamy o tym, że miłość polega na otwarciu na Boże działanie w głębiach naszego serca, że w odniesieniu do Boga więcej w niej brania niż dawania. Tymczasem my wolimy dawać, aniżeli brać, wolimy pracować i wspomagać innych, niż cierpieć i czekać na wsparcie. Uczymy się Chrystusowego podejścia do choroby naszej i naszych bliskich. Otwórzmy nasze oczy na wartość dni cierpienia, przeżywanego z Jezusem Cierpiącym i Ukrzyżowanym.

Człowiek chory robi się bezradny. Jeszcze kilka dni temu pracował, działał, organizował, pomagał, a teraz leży w łóżku uzależniony od innych, od tego, czy mu coś podają, umyją głowę, posprzątają w pokoju, zrobią zakupy, porozmawiają, podleją kwiaty, podają posiłek, wyprowadzą psa. Gdy leżymy w łóżku, każda osoba pomagająca patrzy na nas jakby z góry, a przez to spontanicznie przyjmuje pozycję wyższego, doradzającego, wiedzącego lepiej, decydującego o tym, co chory ma jeść, a nawet o czym rozmawiać.

Nawiedzać chorego znaczy trochę ulżyć mu w jego bezradności: wykonać potrzebne czynności domowe, załatwić poza domem sprawy, których chory sam nie może załatwić, porozmawiać o tym, co dla niego ważne. Nawiedzać chorego nie znaczy więc traktować go jakby był ubezwłasnowolniony, a przeciwnie – pozwolić mu decydować o swoich sprawach tam, gdzie to tylko jest możliwe, powstrzymać się od okazywania swojej wyższości człowieka zdrowego. Odnosi się to do chorych domowników, ale w określeniu chorych nawiedzać kryje się też odwiedzanie tych, którzy znaleźli się w sytuacji choroby. Może to być w ich domu, a może być w szpitalu. Gdy odwiedzamy chorego, który jest sam, trzeba mu pomóc w wielu sprawach. Jeżeli pomoc tę zapewnia rodzina, można postarać się odciążyć ją trochę w pielęgnacji. Trzeba uważać, żeby jej jeszcze dodatkowo nie obarczać przez zajmowanie czasu swoją osobą. Odwiedzanie w szpitalu wymaga taktu, bo nasz chory najczęściej nie leży sam. Gdy nie możemy kogoś chorego odwiedzić, możemy zatelefonować lub napisać list i w ten sposób wyrazić swoją pamięć. Wypada dowiedzieć się, czy chory życzy sobie odwiedzin, nie pojawiać się znienacka. Czasem chorzy są zmęczeni nadmiarem gości, a czasem samotności i brakiem kontaktu.

W Starym Testamencie Pisma Świętego jest cała księga poświęcona człowiekowi choremu: Hiob, człowiek silny i majętny, głowa rodu, nagle znalazł się w sytuacji całkowitej bezradności, a przyjaciele w dodatku wmawiali mu, że to jego wina. Nie wydaje się to najlepszym sposobem rozmawiania z chorym. Trzeba jednak przyznać, że ci przyjaciele towarzyszyli mu w trudnych chwilach, że rozmawiali z nim o sprawach dla niego istotnych i że ta rozmowa pomogła mu przemyśleć to, co było dla niego najważniejsze.

Chorych mamy obok siebie wielu. Gdziekolwiek spojrzymy, tam ktoś cierpi. Bywają domy, w których łoże boleści jest nieustannie zajęte całymi latami. Zmieniają się cierpiący, a ono stoi, jak ołtarz ofiarny. Trzeba pochylać się nad człowiekiem chorym, by mu służyć. Powinniśmy również wstawiać się za naszymi chorymi, aby Bóg dał im moc potrzebną do dźwigania krzyża, a jeśli to jest zgodne z Jego wolą, przywrócił im zdrowie. Kiedy Jezus wędrował palestyńskimi drogami, chorzy cisnęli się do niego, oczekując uzdrowienia. Odchodzili rozradowani otrzymaną łaską. Jezus przyzwyczaił nas do tego, byśmy z cierpieniami i słabością uciekali się do Niego. Powiedział jasno i wyraźnie: „nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają” (Łk 5,31). Ewangelia podaje, że do Jezusa przyprowadzali lub przynosili cierpiących na różnorakie choroby. Był to rzeczywiście lekarz wszechstronny. Leczył i do dzisiaj leczy wszystkie dolegliwości ciała i duszy. Nie skierowuje na operację, nie przepisuje tabletek albo wód mineralnych, nie radzi inhalacji czy długotrwałej rehabilitacji. Od Niego człowiek natychmiast wychodzi inny, niż przyszedł. Jezus leczył opętanych, epileptyków i paralityków. I miedzy nami jest wielu opętanych: na przykład materializmem, alkoholizmem, narkomanią, karierą, zmysłowością, wielu również takich, którzy są w stałym ruchu, którzy nie potrafią ani na chwilę zatrzymać się i uważnie wsłuchać się w słowo Chrystusa o życiu, którzy są opanowani ciągłym strachem, że nie osiągną tego, czego chcą i pragną, albo że stracą to, co już osiągnęli. I lunatyków także jest wielu. Księżyc od niepamiętnych czasów był symbolem niestałości, znakiem ustawicznych przemian. Mamy tu na myśli tych, którzy nie wiedzą czego chcą i dlatego stale zmieniają swoje przemyślenia i decyzje, którzy sto razy mówią: „zaczynam” i sto razy pozostawiają niedokończone to, co rozpoczęli. Są także między nami i sparaliżowanie – bezradni, leniwi w czynieniu dobra. Może dlatego, że w życiu wielokrotnie się zawiedli i dlatego zrezygnowali ze wszystkiego, zniechęceni usunęli się na bok, skąd obwiniają każdego i obrzydzają życie wszystkim, z którymi się spotykają.

Gdybyśmy na swoje nieszczęście mieli którąś z tych chorób lub gdyby zachorowali ci, którzy są nam bliscy, posłuchajmy co napisał św. Mateusz Ewangelista: „Przynoszono więc do Niego wszystkich cierpiących, których dręczyły rozmaite choroby i dolegliwości, opętanych, epileptyków i paralityków, a On ich uzdrawiał” (Mt 4,24). – Nikt z nas nie musi tak cierpieć. Każdy ma możność wyzwolić się ze swojej choroby przez wiarę w Jezusa Chrystusa. Trzeba skorzystać z tej możliwości i zawsze za nią dziękować Panu Bogu.

„I obchodził Jezus całą Galileę, nauczając w tamtejszych synagogach, głosząc Ewangelię o królestwie i lecząc wszystkie choroby i wszelkie słabości wśród ludzi” (Mt 4,23). Trzecia część Ewangelii zajmują opisy uzdrowień dokonanych przez Jezusa podczas Jego krótkiej działalności publicznej. Jezus dokonuje cudów z bardzo prostej przyczyny: ponieważ współczuje ludziom, których kocha, i lituje się czasem nawet do łez, widząc ich cierpienia. Dokonuje cudów, żeby pomóc ludziom rozpoznać, iż królestwo Boże już do nich przyszło, to znaczy pomaga im uwierzyć. Uzdrawia wreszcie, aby ogłosić, że Bóg jest Bogiem życia i na koniec wraz ze śmiercią także choroby zostaną pokonane i nie będzie już ani żałoby, ani płaczu.

Jezus nie tylko uzdrawia, ale nakazuje również apostołom, aby czynili podobnie: „Wysłał ich, aby głosili królestwo Boże i uzdrawiali chorych” (Łk 9,2). „Idźcie i głoście: Bliskie już jest królestwo niebieskie. Uzdrawiajcie chorych” (Mt 10,7-8). – Od początku chrześcijanie nie zadowalali się głoszeniem Ewangelii, ale zawsze starali się również ulżyć ludzkim cierpieniom poprzez różne dzieła miłosierdzia: leprozoria, lazarety, szpitale, zwłaszcza w krajach misyjnych. Jezus nie powiedział, żeby tylko leczyć, ale żeby wkładać ręce i uzdrawiać. Także to miało i ma miejsce. Dar uzdrawiania został jakby zarezerwowany dla pewnych świętych zwanych taumaturgiami, czyli dla ludzi czyniących cuda, takich jak św. Antoni z Padwy. Albo dla niektórych sanktuariów, jak Lourdes, Fatima, Loreto.

Dzisiaj w powszechnym fenomenie rozbudzenia Ducha jesteśmy świadkami czegoś nowego, jesteśmy świadkami ponownego zaistnienia posługi uzdrawiania podobnej do tej sprawowanej przez Jezusa. Święty Paweł obok charyzmatów takich jak dar nauczania, posługiwania, ewangelizowania, wymienia także łaskę uzdrawiania (por. 1 Kor 12,9). Charyzmat jest szczególnym darem udzielonym danej osobie przez Ducha Świętego dla dobra wspólnego.

Dlatego też w ciągu ostatnich sześćdziesięciu lat mieliśmy tak w świecie protestanckim, jak i wśród katolików całą serię charyzmatycznych osób, które modlitwą i włażeniem rąk lub namaszczeniem olejem sprawowali tę posługę wobec chorych, czasem nawet wobec dużych tłumów. Setki chorych świadczą o tym, że zostali uzdrowienia podczas takich spotkań.

Człowiek może na dwa sposoby starać się pokonać chorobę: dzięki naturze i łasce. Przez naturę rozumie się inteligencję, wiedzę, medycynę, technikę; łaska natomiast jest bezpośrednim odwołaniem się do Boga, przez wiarę, modlitwę i sakramenty. Oba te środki pochodzą od Boga, ponieważ również ludzki geniusz od Niego pochodzi. Niestety często szuka się trzeciej drogi: ucieka się do magii, tego, co kładzie nacisk na domniemane tajemne moce danej osoby, które nie opierają się ani na wiedzy, ani na wierze. Tak jakby człowiek był w stanie zrobić coś niezależnie od Boga, bez Jego wiedzy albo wręcz niezgodnie z jego wolą. Jezus mówił, że złe duchy wypędza się postem i modlitwą, nie zaś naciągając ludzi.

Uzdrowienie pochodzące od Chrystusowego Ducha nie ogranicza się do choroby ciała, lecz obejmuje całą osobę, zwłaszcza jego dusze. Dlatego liturgie uzdrowień sprawowane w ewangelicznym stylu zawierają chwile i gesty skruchy, pojednania, przebaczenia. Są one nawet największymi z cudów, i często ten, kto ich doświadczył, zapomina wręcz, że przyszedł uleczyć się z choroby, albowiem to, co już otrzymał, jawi się mu jako coś nieskończenie ważniejsze.

Musimy jednak postawić sobie pytanie: a jeśli mimo wszystko ktoś nie odzyska zdrowia? Co o tym myśleć? To, iż brak mu wiary albo że Bóg go nie kocha? Jeśliby uważać, że nieustępowanie choroby byłoby znakiem, iż dana osoba nie ma wiary lub, że Bóg jej nie miłuje, to trzeba by powiedzieć, iż święci byli ludźmi o znikomej wierze i najmniej umiłowani przez Boga, ponieważ niektórzy całe życie spędzili przykuci do łóżka. Lekarze obliczają dzisiaj, że św. Franciszek z Asyżu w chwili śmierci cierpiał na co najmniej dziesięć poważnych chorób. Nie, odpowiedź jest inna. Moc Boża objawia się w niejeden sposób – eliminując zło, uzdrawiając fizycznie, ale również udzielając sił i niekiedy nawet radości do niesienia krzyża z Chrystusem i do uzupełniania tego, czego brakuje Jego cierpieniom. Chrystus odkupił także cierpienie i śmierć. Ona nie jest już znakiem grzechu, uczestnictwem w winie Adama, lecz narzędziem odkupienia.

Bóg pokazał, że potrafi uczynić z ludzi świętych pozostawiając ich czasem, by borykali się z ludzkimi lekami i nerwicami. „On dźwigał nasze boleści” i w ten sposób je uświęcił. Święty Paweł przekonany o tym wołał: „Najchętniej więc będę się chlubił z moich słabości. Albowiem ilekroć niedomaga, tylekroć jestem mocny” (2 Kor 12,9-10). „Bóg z tymi, którzy Go miłują, współdziała we wszystkim dla ich dobra” (Rz 8,28), także w nieszczęściu i chorobie.

Jest też zwykła droga dostępna wszystkim, na której mogą dzięki Kościołowi chorzy spotkać Chrystusa, który przechodzi „uzdrawiając wszystkich” (Dz 10,38), a są nią sakramenty. Ewangelia opowiada o kobiecie, która została uzdrowiona, gdy tylko dotknęła skraju płaszcza Jezusa. W Eucharystii każdy może nie tylko dotknąć kraju Jego płaszcza, ale przyjąć całe Jego Ciało i całą Jego Krew. W Lourdes najwięcej uzdrowień następuje podczas błogosławienia chorych Najświętszym Sakramentem.

Wiemy też, że jest jeden sakrament szczególnie przeznaczony dla chorych. O nim czytamy w Piśmie Świętym: „Choruje ktoś wśród was? Niech sprowadzi kapłanów Kościoła, by się modlili nad nim i namaścili go olejem w imię Pana. A modlitwa pełna wiary będzie dla chorego ratunkiem i Pan go podźwignie, a jeśliby popełni grzechy, będą mu odpuszczone” (Jk 5,14-15). Ten sakrament nazywa się: namaszczeniem chorych. Można go przyjąć w każdej poważniejszej chorobie i jeśli jest to konieczne nawet kilkakrotnie. – Wiemy, że czymś innym jest mówienie lub pisanie o chorobie i czymś innym doświadczanie choroby. Jedno jednak mogę wam przyrzec jako kapłan Kościoła; będę się modlił, aby Pan podźwignął was z waszego łoża i dał wam radość w tym, że możecie Go błogosławić i wielbić dzięki odzyskanemu zdrowiu.

Święty Franciszek nigdy nie cieszył się najlepszym zdrowiem, był jednak obdarzony wyjątkową konstrukcją fizyczną, co pozwoliło mu dokonać nadzwyczajnych czynów. W ostatnich jednakże latach życia atakowały go jedna po drugiej choroby i w końcu unieruchomiły w łóżku i doprowadziły do przedwczesnej śmierci. Umierając miał około 45 lat. Biedaczyna był zawsze chorowity i słabego zdrowia” (Kwiaty 99). W 1213-1214 r., gdy udawał się do Hiszpanii, skąd miał jechać do Maroka; „Bóg pokrzyżował jego plany nie pozwalając mu jechać dalej i dotknąwszy go chorobą, zawrócił go z rozpoczętej podróży” (1 Cel 55). Poza tym „przez długi czas aż do śmierci Franciszek chorował na wątrobę, śledzionę i żołądek” (Kwiaty 98). Stygmaty, które pojawiły się w 1224 r., znacznie wzmogły jego bóle: „Te najświętsze rany, w takim stopniu w jakim wyciśnięte mu zostały przez Chrystusa, przysparzały jego ogromną radość, choć jego ciału i zmysłom cielesnym sprawiały nieznośny ból. Dlatego zmuszony koniecznością wybrał brata Leona – najprostszego i najczystszego wśród wszystkich, któremu wyjawił wszystko, a te święte rany pozwalał mu oglądać, dotykać i bandażować kawałkami płótna, by uśmierzyć ból i zatamować krew, która sączyła się i kapała z ran. Te bandaże w czasie choroby pozwalał sobie zmieniać często, niemal każdego dnia, z wyjątkiem okresu od czwartku wieczora aż do soboty rano, bo twierdził, że w tym czasie nie życzy sobie, by jakikolwiek środek leczniczy uśmierzał mu ból męki, którą w tym czasie Chrystus odczuwał na swym ciele, gdy za nas był wtrącony do więzienia, ukrzyżowany, umarł i został pochowany” (Stygmaty 4).

„Innym razem br. Rufin masując okolice nerek św. Franciszkowi, wprawnie przebiegał z miejsca na miejsce i dotknął palcem rany na klatce piersiowej, wskutek tego Święty odczuł silny ból i głośno krzyknął: «Niech ci Bóg przebaczy, br. Rufinie, to, co zrobiłeś»” (Stygmaty 4). „Popadł potem w bardzo ciężką chorobę oczu będącą dowodem pomnażania się w nim miłosierdzia Bożego. I gdy choroba z dnia na dzień czyniła postępy tak, że wydawało się, iż dojdzie do nieobliczalnych rozmiarów z braku opieki lekarskiej, brat Eliasz… zmusił go, by nie odpychał od siebie środków leczniczych i używał ich wszystkich w imię Syna Bożego, dzięki któremu leki zostały stworzone zgodnie ze słowami: «Najwyższy stworzył na ziemi lekarstwo i człowiek mądry nie będzie go wypluwał»” (1 Cel 98).

Również kardynał Hugolin „widząc, że Święty zawsze surowo obchodził się ze swoim ciałem, a zwłaszcza, że zaczynał tracić wzrok i mimo to odmawiał wszelkiego leczenia, z wielką miłością i cierpliwości upominał go mówią: «Bracie, nie postępujesz rozsądnie odmawiając przyjęcia leków, bo twoje życie i twoje zdrowie są ogromnie użyteczne dla braci, ludzi świeckich i dla całego Kościoła. A ponieważ kierowałeś się wielką miłością wobec twoich słabych braci i zawsze byłeś dobry i miłosierny dla nich, nie wypada, abyś był okrutny wobec siebie samego będąc w tak wielkiej potrzebie, dlatego nakazuję ci szukać jakiegoś lekarstwa»” (Zw. d. 91).

Liczne i bolesne były choroby, na jakie cierpiał Biedaczyna, lecz nigdy nie pozbawiły go przysłowiowej radości, cierpiał bowiem z uśmiechem uważając nawet choroby za wyraz dobroci Bożej, dziękując Panu za cierpienia i nade wszystko z pieśnią na ustach oczekiwał siostry śmierci. Z biegiem czasu zaczął uważać choroby za wyraz tak wielkiej dobroci Bożej, że napisał: „I proszę chorego brata, by składał Stwórcy dzięki za wszystko i pragnął być takim, jakim chce go mieć Pan: czy to zdrowym, czy chorym. Tych wszystkich bowiem, których Bóg przeznaczył do życia wiecznego, doskonali przez ciosy doświadczeń i chorób, i przez ducha skruchy, jak mówi Pan: Ja poprawiam i karcę tych, których miłuję” (RegN 10,3-6).

Brat Tomasz z Celano podkreśla, że „w miarę wzrostu choroby, słabły wszystkie siły ciała i w ten sposób wyczerpany nie mógł w żaden sposób poruszać się. Zapytany również przez pewnego brata, jakie wolałby cierpienia; czy długotrwałą i ustawiczną chorobę, czy też ciężkie męczeństwo ciała, odrzekł: Synu, zawsze było i jest mi najmilsze, najdrożej i najbardziej ulubione to, co Bóg chce, aby działo się we mnie i ze mną i jedynie jego woli pragnę być posłuszny i z nią się zgadzać. Lecz znieść tę chorobę, choćby przez trzy dni, wydaje mi się uciążliwsze, niż jakiekolwiek męczeństwo. Nie mówię tego ze względu na nagrodę, ale jedynie ze względu na ciężar męki” (1 Cel 107).

Święty Franciszek podczas wszystkich swych chorób nie tracił pogody ducha i zachował w nietkniętym stanie swą radość i tak z pogodą przyjmował choroby nawet jeśli nie pozwalały mu spełniać tego czego pragnął; zawsze miał na ustach uśmiech mimo, że z powodu dużej wrażliwości czasami okazywał współczucie samemu sobie; przyjmował choroby i cierpienia jako wyraz dobroci Boga i uważał je za siostry; dziękował Bogu za cierpienia; nie chciał lekarstwami uśmierzać ostrości cierpień i bólów; wyrozumiale zgodził się na leczenie; w cierpieniach śpiewał pochwały Pana, korzystając w tym celu z „Pieśni Stworzeń”, ułożonej w czasie najsilniejszych bólów; gdy lekarz oznajmi mu, że wkrótce umrze, powiedział: „niech przyjdzie moja siostra śmierć” (Zw. d. 122).

Święty z Asyżu swoim pogodnym nastawieniem i radością podczas choroby przypomina nam, że jest rzeczą normalną, że czasami w naszym życiu trzeba cierpieć z powodu chorób; że nie przystoi franciszkaninowi narzekać w czasie chorób i zachowywać się tak, by jego cierpienia były dla innych ciężarem, że piękną jest rzeczą dziękować Bogu nie tylko wtedy, gdy obdarza nas radością, ale także i wówczas, gdy dopuszcza choroby; że prawdziwym chrześcijaninem i bratem mniejszym jest ten, kto widzi w śmierci siostrę i przyjmuje ją, jeśli nawet nie radości i ze śpiewem na ustach, to przynajmniej z pogodą ducha.

Panie Jezu, otwórz nasze oczy i serca, byśmy dostrzegali chorych obok siebie i umieli pomóc tym, którzy się nimi opiekują.

Choćbyśmy bardzo się starali pełnić czyny miłości: karmili, poili, odwiedzali, rozdawali, zawsze jeszcze zostanie tak wielu głodnych, nagich, chorych, spragnionych. Choćbyśmy starali się wspierać i pocieszać – zawsze zostanie tylu smutnych, że wszelkie działania mogą się wydawać bezcelowe. Choćbyśmy naprawę dobrze radzili, inni i tak pójdą swoją drogą. Często już naprawdę nie możemy nic zrobić – to znaczy nic, biorąc po ludzku, lecz „to, co niemożliwe dla ludzi, możliwe jest dla Boga” (Łk 18,27). Bóg patrzy na to wszystko inaczej niż człowiek i tylko On wie, jaki sens mają zdarzenia często dla nas niezrozumiałe. Wtedy pozostaje kolejny miłosierny uczynek: modlić się za żywych. Modlić się możemy za wszystkich: za chorych, za naszych bliskich, za dzieci, za tych, których kochamy i za tych, którzy dla nas są bardzo uciążliwi.

Modlitwa Jezusa z siedemnastego rozdziału Ewangelii św. Jana dzieli się na trzy części. W J 17,1-8 Jezus modli się za siebie samego, ale Jego modlitwa wznosi się  jednak ku chwale Bożej. W J 17,9-19 Jezus modli się za Dwunastu. Na koniec, w J 17,20-26 Pan Jezus modli się za chrześcijan wszystkich. Prosi ich o jedność na wzór jedności Osób Boskich. W Łk 23,34 Jezus znowu zwraca się do Ojca i prosi Go: „Przebacz im (tym, którzy Go ukrzyżowali), bo nie wiedzą „co czynią”. Odpuszczenie, miłosierdzie, dobroć, pokora, przebaczenie, wstawiennictwo kumulują się w tym zdaniu, po ludzku tak niepojętym i niemożliwym w takim momencie, ale po Bożemu możliwym ze strony takiego Przyjaciela ludzi. Wcześniej Jezus powiedział uczniom: „Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują” (Mt 5,44). To, co niemożliwe u ludzi, jest możliwe u Boga (por Mt 19,26; Mk 10,27; Łk 18,27).

Dla siebie Jezus prosi o pomoc od Ojca, za innych wstawia się, czy to za jedną osobę (za Szymona Piotra), czy to za Dwunastu, za wszystkich wierzących, za nieprzyjaciół; Jezus prosi, aby w nich, tak jak w Nim, wypełniała się wola Ojca, czyli „by wszyscy ludzie zostali zbawieni” (1 Tm 2,4).

Kościół nie przestaje przedstawiać Bogu w liturgii tysięcy próśb zgodnie z wolą Jezusa i słowami Pawła; „Zalecam więc przede wszystkim, by prośby, modlitwy wspólne błaganie, dziękczynienia odprawiane była za wszystkich ludzi” (1 Tm 2,1). Nie jest dobrze nie prosić Boga o nic. Proszenie jest ewangelicznym zobowiązaniem. Modlitwa błagalna i wstawiennicza jest absolutnie konieczna, ponieważ dowodzi, że mamy świadomość naszej niewystarczalności i potrzebujemy pomocy od Boga. Według św. Franciszka Bóg jest naszym wielkim Jałmużnikiem, a my pozostajemy wobec niego zawsze żebrakami. Oczywiście nie tylko żebrakami: jesteśmy także Jego ukochanymi dziećmi. Jednakże swoją miłość Bóg ofiarowuje nam zawsze całkowicie darmo. Jest to dar, a nie należność. I oto dlaczego powinniśmy o nią prosić.

Z jednej strony trzeba całkowicie zaufać Bogu i powierzyć się Jego Opatrzności. Nic Mu nie umknie, nic nie jest obce Jego miłości. On chce tylko naszego dobra i zna je lepiej niż my. Należy jednakże prosić Go o to, co wydaje się być dobrem, którego potrzebujemy. Modlitwa ta, jak zapewnia Pan Jezus, jest skuteczna.

Tylko Bóg zna prawdziwe dobro każdego człowieka. Gdy sądzimy, że nasza modlitwa nie daje efektu, powinniśmy w wierze być przekonani, że przyniosła inny, nieznany nam skutek, i powiedzieć sobie jak przyjaciele Pawła: „Niech się dzieje wola Pańska” (Dz 21,14).

Bóg powierzył nam tyle osób i prosi, abyśmy się za nie poświęcali. Wypełniamy nasze posłannictwo nie tylko słowem, pracą, czynną posługą i pomocą, ale także przez modlitwy i wstawiennictwo u Boga.