Brat Jan z Alwerni i wytrwanie w dobrym
Jan Elisei pochodził z zamożnej rodziny. Urodził się w Fermo we Włoszech w 1259 roku. Gdy miał dziesięć lat, oddano go do szkoły prowadzonej przez augustianów w rodzinnym Fermo. Od młodzieńczych lat pragnął zrozumieć drogę prawdziwej pokuty, dlatego też na ciele nosił pancerz i żelazną obręcz, i codziennie surowo pościł. Po trzech latach – niezrozumiany przez swych kolegów i przez nich wyśmiewany – z wielką radością dołączył do Franciszkowego braterstwa (1272), a tym samym kwiat swej anielskiej młodości złożył w ramiona Ukrzyżowanego. „Gdy jako chłopiec przyjął habit braci mniejszych i został powierzony magistrowi dla nauczenia się rzeczy duchownych, ilekroć słyszał od magistra Boskie słowa, «serce jego topniało jak wosk» (por. Ps 22,15), a wewnętrzny człowiek napełniał się taką słodyczą łaski, że zewnętrzny człowiek czuł się zmuszony biegać i czy to po ogrodzie, czy to po lesie, czy to po kościele, spiesznie biegał w tę i w tamtą stronę, dokąd pchał go wewnętrzny ogień” (DbF 49,8-9).
W 1292 roku osiadł na stałe w pustelni na górze Alwerni (La Verna), gdzie św. Franciszek w 1224 roku otrzymał stygmaty. Brat Jan przebywał tu aż do swej śmierci (30 lat).
Był mistykiem, spowiednikiem i wędrownym kaznodzieją. Ewangelię głosił między innymi w Arezzo, Florencji, Pizie i Sienie. Zwykł mówić: „Kiedy przemawiam, przekonuję się, że to nie ja przemawiam i nauczam Bożych prawd, lecz sam Bóg mówi we mnie”.
W „Kwiatkach św. Franciszka”, oprócz opowiadań i legend o św. Franciszku i jego towarzyszach, także Janowi poświęcono kilka rozdziałów, które w sposób barwny opisują historię jego życia. „Wśród innych mądrych i świętych braci i synów świętego Franciszka, którzy według słów Salomona, są chwałą ojca, żył w naszych czasach w prowincji Marchii czcigodny i święty brat z Fermo, który dlatego że mieszkał długi czas w świętym klasztorze na Alwerni i tam dokonał żywota, zwał się bratem Janem z Alwerni”.
Po pewnym okresie duchowej oschłości i próby, gdy usiadł zapłakany pod drzewem w lesie i wzniósł swe oczy ku niebu, miał ujrzeć Pana Jezusa. Rozpoznawszy go, rzucił Mu się do nóg i błagał: „Pomóż mi, Panie mój, bowiem bez Ciebie, najsłodszy mój Zbawicielu, jestem w ciemności i płaczę; bez Ciebie żyję w trwodze i męce, i strachu… Tyś jest […] dusz światło prawdziwe… Tyś jest bowiem źródło wszelkiego daru i wszelkiej łaski… Oświeć mnie, Mistrzu najłaskawszy i Pasterzu najlitościwszy…”. Widząc jego wiarę, Chrystus wziął go w ramiona. A Jan ujrzał wtedy wychodzące z piersi Zbawiciela lśniące promienie światła, które rozjaśniły cały las, a jemu duszę i serce. Następnie przypadł do stóp Jezusa, modląc się: „Proszę Cię, Panie mój, nie patrz na grzechy moje, lecz przez mękę Twoją najświętszą i przelanie cennej Twojej Krwi najświętszej obudź duszę moją dla łaski Twojej miłości. Pomóż mi więc, najukochańszy Synu Boga, abym Cię kochał z całego serca swego i wszystkich sił swoich”. I został wysłuchany, pocieszony i odnowiony.
Innym razem, gdy trwał zatopiony w modlitwie, ukazał mu się św. Franciszek i pokazał mu swoje stygmaty.
Aż przez trzy miesiące miał prowadzić rozmowy ze swym Aniołem Stróżem na temat męki Zbawiciela i o radościach nieba.
Odznaczał się też wielkim nabożeństwem do dusz czyśćcowych, stąd podczas odprawiania mszy św. w Dzień Zaduszny miał ujrzeć, jak wielka rzesza dusz opuszczała czyściec i wkraczała w bramy nieba. „Podczas mszy św. odprawianej za dusze zmarłych – jak czytamy – podnosząc pobożnie Ciało Chrystusa, ujrzał nagle niezliczone dusze wychodzące z czyśćca, niby niezliczone iskry ogniowe wyskakujące z płonącego pieca. I widział, jak wstępowały do nieba…”.
Brat Jan zmarł w swej pustelni na Alwerni 9 sierpnia 1322 roku. Jego kult w roku 1880 potwierdził papież Leon XIII, tercjarz franciszkański. Liturgiczne wspomnienie brata Jana przypada 9 sierpnia, w dniu jego śmierci – dniu narodzin dla nieba (dies natalis).
Już w „Dziejach błogosławionego Franciszka” brat Jan z Alwerni został nazwany „znamienitą gwiazdą błyszczącą światłem łaski” na niebie Zakonu. Szukał w swym życiu prawdziwego skarbu, drogocennej perły… i znalazł ją w Zakonie i w swym Mistrzu – Jezusie Chrystusie.
W naukach brata Idziego czytamy: „Cóż zatem pomogą człowiekowi mnogie posty i modlitwy, i dawanie jałmużny, i udręczenie samego siebie w wielkim poczuciu rzeczy niebieskich, skoro nie dobił do przystani błogosławionej zbawienia, to jest do dobrego i silnego wytrwania? Zdarza się nieraz, że zjawi się statek na morzu bardzo piękny, wielki, silny, nowy i pełen licznych bogactw. I zdarza się, że w wyniku burzy czy z winy sternika ginie i tonie ten statek, i idzie na dno, i nie dobija do upragnionej przystani. Więc cóż mu pomoże cała jego piękność, dobroć i bogactwo, skoro tak marnie ginie w otchłani morza? A czasem znów zjawi się łódź na morzu mała, stara i z nielicznym towarem, lecz mając sternika dobrego i rozumnego, przetrwa burzę i przybija do portu. Tak samo dzieje się z ludźmi na burzliwym morzu tego świata. Tak i człowiek, jeśli nie ma dobrego sternika, tj. nie rządzi sobą rozumnie, może marnie zginąć w przepaści występków. A więc, by dobrze czynić, trzeba nade wszystko wytrwania, jak mówi Apostoł: »Nie ten, który zaczyna, lecz ten, który wytrwa aż do końca, wieniec otrzyma«”. „Kiedy drzewo się rodzi – dodaje brat Idzi – nie od razu jest wielkie; a kiedy urośnie, nie od razu owoce wydaje; a kiedy wyda owoce, nie wszystkie dostaną się do ust pana tego drzewa; gdyż wiele z tych owoców spada na ziemię i gnije, i psuje się, i zjadają je zwierzęta. A jednak, jeśli dotrwa aż do lata, przeważną część tych owoców zbierze pan drzewa”.